Giewont tłumem niedoświadczony – czy to możliwe?…

  Najbardziej znana i schodzona, a może najbardziej „umęczona” góra w Polsce miewa również chwile, w których dzięki splotowi szczególnych okoliczności jej wierzchołek jest całkowicie pusty, a interwały czasu pomiędzy kolejnym chętnymi by na nią wejść są naprawdę duże. I miałem ten nadzwyczajny przywilej w takich właśnie warunkach ją odwiedzić – choć na starcie nie byłem pewny, czy dotrę aż na sam szczyt. Dzień tej wyprawy był wilgotny, góry skryły się we mgle, założyliśmy zatem, że wejdziemy tak wysoko, jak nam się uda – nie forsując się specjalnie, aby zdobyć jej wierzchołek za wszelką cenę. Mieliśmy też mało czasu – mogliśmy wyruszyć w górę dopiero po południu – a zatem dane nam było tylko raz spróbować i niezależnie od wyniku tej próby, zejść przed zachodem słońca. 

Bazą dla tej wyprawy był wlot do Doliny Strążyskiej (parking) – z niego kierowaliśmy się prosto przez Strążyską czerwonym szlakiem przez Przełęcz w Grzybowcu aż do Wyżniej Kondrackiej Przełęczy, i stamtąd krótkim odcinkiem niebieskiego szlaku na sam szczyt. Mapa podpowiadała czas przejścia na trochę ponad 3,5 godziny, myślę że co najmniej o 40 udało nam się go skrócić, choć oczywiście był to naprawdę niezły wysiłek 🙂 

Przez całą drogę, aż po Wyżnią Kondracką Przełęcz przedzieraliśmy się przez mgłę, widoczność sięgała miejscami zaledwie 7 – 8 metrów, ale postanowiliśmy się nie poddawać, i dotrzeć przynajmniej właśnie do wymienionej przełęczy, oraz po podjęciu na niej decyzji co dalej – schodzić lub przeprowadzać „atak szczytowy”.

WP_20150903_008
Podejście na Giewont skalnym stokiem zgodnie z przebiegiem czerwonego szlaku. Mleko mgły przesłaniało wszelkie widoki.

Po intensywnej (czyli szybkiej) wspinaczce, dochodziliśmy powoli do naszego pierwszego celu – wyżej wymienionej przełęczy. I wtedy, w momencie, w którym się tego nie spodziewaliśmy zaczął wiać wiatr. Nie był jakiś bardzo mocny, ale zaczął sprawiać, że gęsta powłoka chmurna, niczym piana w wannie pod wpływem fal, zaczęła się przemieszczać i rozrywać, odsłaniając widok na okoliczne stoki i ich skały.

I oto naszym oczom zaczął się ukazywać on – Wysoki Giewont – główny punkt tego tatrzańskiego górskiego masywu, zajaśniał swą siwą sylwetką zachęcając nas do dalszego wysiłku i wspinaczki. Odsłoniły się nam jego stoki i poczuliśmy, że to jest ten moment, to jest ta chwila, którą trzeba wykorzystać, bo nigdy nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś się powtórzy. Takie oto chmur rozstąpienie utorowało nam drogę na sam szczyt:

WP_20150903_009
Chwila w której nastąpiło chmur rozstąpienie, i Giewontu pokazanie się

Gdyby spojrzeć w drugą stronę, to można ujrzeć wielkie gotowanie w kotle doliny zupy z chmur, doprawionej deszczem oraz wilgocią, osadzającą mokrość na tych co w dole przebywają. A my, jakby ponad krawędzią tego garnca z krawędzi gór, ukutego w najgłębszych miejscach Ziemi, czuliśmy się jakby dano nam eksplorować inny, tajemniczy ląd, obłokami zasnuty i w górze, i na dole. Tak bardzo inny od tandety obecnej niżej, że aż nie do uwierzenia, że jest możliwy do odnalezienia zaledwie parę kilometrów od zabudowań najbliższych, gdzie ludzie wysilają się w skupieniu na pędzie swoich plastikowych spraw. 

WP_20150903_017
Kotłujące się chmury w dolinach pod Giewontem

A chmury płynęły przesuwając się na postrzępionych ostrogach tworzących doliny, ich rozerwane części wpadały do jarów, by oddać w nich swoją rosę i wodę, nawodnić rzeki, wywierzyska, jeziora i podziemne, tajemne i jeszcze nie poznane labirynty głębokich wód pod ziemią. Chmury oddzielały się do chmur – część opadała, a część unosiła się w górę tworząc spektakl, którego nie powstydziłby się Szekspir. Parafrazując go zatem, słowami pewnego stworzonego przez niego bohatera, muszę napisać, że „oto deszczowy nastrój naszych rozgoryczeń, świetlistą radością uczyniło chmur rozstąpienie, a niepewne i niejasne chwile zaległy po wieczność na dnie Morskiego Oka”.

I nie mam zamiaru ich tam więcej szukać.

WP_20150903_032
Chmury oddzieliły się od chmur, i opadły na strome stoki wyniosłych gór

A my, zachwyceni tym widokiem, po nasyceniu się soczystymi jabłkami, zaczęliśmy zdobywanie szczytu tej wyniosłej góry. Ostatni odcinek, choć wyślizgany butami minionych wchodzących, dzięki ubezpieczającym nas łańcuchom minął stosunkowo szybko i oto stanęliśmy na wierzchołku najbardziej znanej góry w Polsce. Góry, niestety, wielkich tłumów, pretendującej do określenia, które w przyszłości zastąpi takie słowa, jak: ciżba, tłum, tłok, ścisk, kolejka itp. Mieszkający w pobliżu ród, noszący jej nazwę jako nazwisko swoje nie będzie miał wówczas powodów do dumy.

Tymczasem na wierzchołku, który jest dość ciasnym miejscem, nie niepokojeni, ni poganiani przez nic i nikogo, kontemplowaliśmy słońce chowające się za zachodnim horyzontem. Przypominało ono wielki piec do wypalania, z którego żarzący się żar, powoli gasnący, przypomina, że trzeba dołożyć do ognia. 

Wszystkie osady ludzkie w dolinie pod Tatrami, również niewidoczne, zakryte pod chmurami, nie rozpraszały świateł nieboskłonu i pozwalały w pełni ujrzeć kolory nieba zbliżającej się szybkim krokiem jesieni (choć jeszcze lato dokańczało swe bytowanie ostatnimi swymi promieniami).

WP_20150903_036
Widok z wierzchołka w stronę zachodzącego słońca – a w chmurach ukryte wszelkie osiedla ludzkie „za kopanym”

Zapewne gdyby nie wrześniowy dzień, nie za bardzo już długi, spędzilibyśmy tam sporo czasu – a tak, mając w świadomości konieczność powrotu niżej, ruszyliśmy w dół. Kondracka Kopa skryta w obłokach nie pozwoliła nam ujrzeć swojego pełnego oblicza, pokazała nam tylko część swoich stoków, i tak piękną i szacowną, ale jednak to nie  to samo, co ujrzeć całą jej sylwetkę. 

Zresztą, całe Czerwone Wierchy w tym dniu skryły się w obłokach chmur, jednocześnie przykrywając swoje wierzchołki z obłoków białych kołderkami, po to, aby eksplodować całokwitem czerwieni – od której wzięły swoją nazwę – gdy tylko słońce rano ponad oparami powstanie. Tak bowiem zachowują rosę gór, dla nasycenia swoich stoków i codziennego upiększania ich zmiennością okrywającej je, bujnej i niezwykłej roślinności.

WP_20150903_042
Widok z Giewontu w stronę Kondrackiej Kopy – ukrytej w chmurach

Wędrówka w dół była równie ekscytująca, co wspinaczka w górę – tym razem łaskawe Tatry Zachodnie zapewniły doskonałą widoczność i wzrastającą wraz z upływem czasu  przejrzystość powietrza. Zagwarantowały nam zejście suchą stopą, dając odpowiednią do potrzeb naszej wędrówki w dół widoczność, aż po kres naszej wyprawy na malutkim parkingu u wrót Doliny Strążyskiej.

Ahh, gdyby czas został zatrzymany jakimś nieodkrytym jeszcze równaniem fizyki kwantowej (wszakże, jako czwarty wymiar, czas podlega odkształceniom pod wpływem niezwykle silnych obiektów kosmicznych, o potężnej grawitacji – np. czarnych dziur), i gdybyśmy nie musieli schodzić w dół, byłoby naprawdę wspaniale. Niestety, przeciętny śmiertelnik nie może tego doświadczyć, więc poganiani zachodem słońca pomknęliśmy wyznaczoną powrotną trasą.

WP_20150903_045
Widok na szlak zejściowy z Giewontu i rozproszone chmurki

Im bliżej dołu, tym bardziej resztki chmur rozpływały się, lub wchodziły do jaskiń i rozpadlin skalnych, aby schować się przed naszymi oczami i zapewnić nam wyjście z gór niezmoczoną stopą. Zadbano w niezwykły sposób o nasz bezpieczny powrót, wszakże jako jedyni goście w tym czasie w górach, byliśmy traktowani w sposób zaiste, niezwykły.

Miałem wrażenie, że wynagrodzono nam wielki wysiłek z początku trasy, gdy pędziliśmy, aby nadrobić sobie ilość czasu na zapas. Zatem należało, zgodnie z niepisanym prawem naturalnej gościnności (jaką przejawia ta część świata, w której wędrujemy), ugościć nas w sposób na jaki zasługują wytrwali i mający szacunek dla przyrody turyści. Być może Giewont uznał, że przeszliśmy próbę mgły i szarówki, i stąd nasza nagroda – rozproszył on swoją sylwetką owe liczne opary wodne, niczym Rosjanie chmury nad Moskwą w dzień defilady. 

WP_20150903_046
Im bliżej końca trasy, tym mniej chmur i mgły pozostało. Jakby zejście z Giewontu przebiegało całkiem inną trasą, niż wejście

Nim ostatecznie zapadł tego dnia zmrok, opuściliśmy dolinę Strążyską czerwonym szlakiem – tak jak przyszliśmy, aczkolwiek wracając bez mgły i chmur mieliśmy wrażenie, jakby była to całkiem inna trasa. 

Dobrze, że istnieją aparaty fotograficzne, bo pozwalają w sposób uproszczony oddać barwy, obrazy, kształty i światło w różnych sytuacjach, i pozwalają przekazać je, pomimo ich niepełności, właśnie tym, którzy chcą poznać, lub zwiedzić najpiękniejsze zakątki i osobliwości przyrody ożywionej i nieożywionej. Niestety, aparat oddaje tylko część wizualną doznań, reszta musi zostać opisana (lub opowiedziana), i wtedy jako komplet może stać się opowieścią z wyprawy. Czasem, gdy wspomnienia się zatrą, a fotografie zżółkną, przejdzie w etap legendy, lub nawet, opowieści fantastycznej i zacznie żyć własnym życiem, podsycanym wyobraźnią przekazujących ją bajarzy.

Ja tymczasem, siedząc nad moją ulubioną herbatą – earl grey, cieszę się, że to właśnie my, dwóch wytrwałych obieżyświatów, miało okazję zobaczyć Giewont pustym i spokojnym, mogąc chociaż przez chwilę w ciszy i spokoju delektować się tą skalistą górą. Od czasu rozwoju pobliskich osad, dziś połączonych w jedną mieścinkę za kopanym w pobliskich, dziś już nieczynnych sztolniach żelazem, niewielu było ludzi, a szczególnie przyjezdnych – takich jak my – którzy mogli w spokoju odwiedzić Giewont tłumem niedoświadczony.

 

5 myśli na temat “Giewont tłumem niedoświadczony – czy to możliwe?…

Dodaj własny

  1. Dla odmiany relacja z wejścia na Giewont przy słonecznej aurze:

    „To jest straszne jak ludzie idą w góry! Nie zdają sobie sprawy z zagrożenia! Ja wchodziłem w zeszłym roku na Giewont, lipiec, skwar, wszyscy w krótkich spodenkach, japonki, klapki, małe dzieci – koszmar! Ja jedyny byłem przygotowany: dwa czekany, raki, profesjonalna odzież, specjalistyczny mocno spłaszczony namiot (żeby opierał się wiatrom), butle z tlenem – najgorsze były te ich drwiące spojrzenia ignorantów. A przecież to GÓRY i wszystko może się zmienić w sekundę! Wejście podzieliłem na 4 dni, co paręset metrów obóz, aklimatyzacja, oczywiście poręczówki na każdym etapie i ostatniego dnia atak na szczyt. Co dzień rano znajdowałem w przedsionku mojego namiotu puszki po Coli i opakowania po chipsach! Przeklęci amatorzy! W końcu zdobyłem szczyt, zużyte butle zostawiłem w pod krzyżem w strefie śmierci, gdzie -o zgrozo! – spotkałem babcię z dwójką wnucząt! Schodziłem kolejne 4 dni, ale przeżyłem tę próbę umiejętności i charakteru. Pod koniec sierpnia planuję wejść na Kopiec Kościuszki, w stylu alpejskim – ale jak zobaczę turystów z dziećmi i watą cukrową, to dzwonię na policję”
    ~Prawdziwy człowiek gór, alpinista, profesjonalista

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Shristy Singh

Adding Creativity Through Brush...........

Snippets of a Traveling Mind

Finding New Energy To Experience Life More Fully

meblościanka

Meblościanka jest pojemnym meblem, znajdzie się na niej miejsce na wszystkie przedmioty i zainteresowania, gromadzone przez lata, upychane i co jakiś czas ku uciesze odnajdywane. I taka jest ta strona: pojemna i o wszystkim, co może przyjść do głowy:).

Śpiew ptaka

Życie tu i teraz jak śpiew ptaka, który śpiewa po prostu, zawsze.

Wildonline.blog

British Wildlife & Photography

Kolej na kolej

Kolej w Polsce i na świecie - materiały archiwalne i aktualne

DRAGONFLY EFFECT

wild art nature download wallpaper photo forest birds swamp dark mood black flowers music sensory slow life macro ważki las drzewa ptaki i robaki

ChyllOut

Wycieczki na chilloucie

Góroholiczka

góry, podróże, fotografia

Be positive & run

o bieganiu, górach, lasach, książkach...

Blog Przewodnika przewodniksudecki.net

Tematy górskie i okołogórskie. Pisze przewodnik górski sudecki

Dursztyn

Dursztyński portal informacyjny

Kamil Szczepka Okiem Przyrodnika

Edukacja przyrodnicza, badania i ekspertyzy przyrodnicze

Xplore Ton Monde

Explorer le monde d'une nouvelle façon!

Internetowy kurs języka macedońskiego

виртуални часови на Македонски

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: